Słowo od kapelana

W drogę po nadzieję

W drogę zabierano chleb, trochę pieniędzy i sprawy, których nie dawało się dłużej nosić samemu. Ktoś szedł prosić o zdrowie. Ktoś inny dziękował za ocalenie, chciał dotrzymać obietnicy albo zacząć życie od nowa. Byli też tacy, których pociągał świat za horyzontem. Modlitwa i ciekawość nieraz mieściły się w tym samym pielgrzymim tobołku. Zmieniały się granice, drogi i sposoby podróżowania. Miejsce dawnej sakwy zajął plecak, potem pojawiły się pociągi, autokary i samoloty. Pozostało jednak pragnienie, by na pewien czas wyjść z codzienności i powierzyć Bogu to, co najważniejsze. Historia chrześcijańskich pielgrzymek zaczyna się właśnie tutaj: w spotkaniu zwyczajnych ludzkich potrzeb z wiarą, że droga może człowieka odmienić.

Tam, gdzie zaczęła się Ewangelia

Zanim chrześcijanie ruszyli ku swoim sanktuariom, do Jerozolimy pielgrzymowali Żydzi. Przybywali na wielkie święta, aby modlić się w świątyni. Ewangelia Łukasza opowiada o rodzicach Jezusa, którzy wędrowali tam na Paschę. Późniejsze chrześcijańskie podróże wyrastały więc także z tradycji, w której wzrastał sam Jezus. Jego uczniowie zachowali pamięć o miejscach męki, śmierci i zmartwychwstania. Równocześnie gromadzili się przy grobach męczenników. Byli to ludzie znani wspólnocie, czasem jeszcze pamiętani przez żyjących: ktoś, z kim dzielono modlitwę, kto w godzinie próby nie wyrzekł się wiary. Z takich spotkań i obchodów rocznic wyrastał kult świętych, a z czasem również zwyczaj przybywania do ich grobów z daleka.

W IV wieku, za Konstantyna Wielkiego, chrześcijańska pamięć otrzymała w Ziemi Świętej monumentalną oprawę. W Jerozolimie powstały budowle obejmujące Golgotę i miejsce czczone jako grób Chrystusa, w Betlejem zaś kościół nad grotą narodzenia. Z matką cesarza, Heleną, późniejsza tradycja związała odnalezienie Krzyża Świętego. Budowę świątyń potwierdzają źródła historyczne. Opowieść o odnalezieniu Krzyża należy do tradycji, którą pielgrzymi przekazywali sobie przez pokolenia.

W 333 roku do Palestyny dotarł anonimowy pielgrzym z Bordeaux. Zostawił najstarszą zachowaną chrześcijańską relację z takiej podróży: oszczędną, pełną nazw miejsc i kolejnych etapów drogi. Kilkadziesiąt lat później, najprawdopodobniej około lat 381–384, po chrześcijańskim Wschodzie wędrowała Egeria. Jej zapis ma inny oddech. Obok miejsc pojawiają się spotkania, modlitwy i jerozolimskie nabożeństwa, zwłaszcza te związane z Wielkanocą. Właśnie u Egerii dobrze widać, po co podejmowano trud wyprawy. Chodziło o to, by czytać Pismo tam, gdzie rozgrywały się opisywane wydarzenia, słuchać miejscowych chrześcijan i uczestniczyć w ich modlitwie. Ewangelia, znana ze słów, zyskiwała krajobraz.

Droga z cieniem miecza

Dla mieszkańca średniowiecznej Europy wyprawa do Ziemi Świętej była wielkim przedsięwzięciem. Trzeba było zdobyć pieniądze, znaleźć nocleg, przetrwać chorobę, niekiedy przeprawić się przez morze. Sam wysiłek podróży mógł stawać się pokutą. Towarzyszyła mu świadomość, że powrót wcale nie jest pewny.

Pod koniec XI wieku w tę historię wkroczyła wojna. Wezwanie Urbana II z 1095 roku połączyło pragnienie dotarcia do Jerozolimy z wyprawą zbrojną. W ówczesnym świecie krucjata mogła być rozumiana jako pielgrzymka pokutna podjęta z mieczem w dłoni. Nie była zwykłą podróżą religijną, ale nie da się też oddzielić jej od wyobrażeń i pobożności tamtej epoki. Wojny nie przerwały wszystkich dróg do miejsc świętych. Trwały tam wspólnoty chrześcijańskiego Wschodu, a w opiece nad przybyszami łacińskimi szczególne znaczenie zyskali franciszkanie. W 1342 roku papież Klemens VI potwierdził ich misję. Od tej pory historia ich obecności była także historią cierpliwych uzgodnień, gościnności i codziennej troski o pielgrzymów.

Rzym i obietnica nowego początku

Do Rzymu przyciągała pamięć o Piotrze i Pawle oraz o męczennikach pierwszych stuleci. Przy grobach czczonych jako apostolskie wzniesiono wielkie bazyliki. Przybysz stawał tam wobec początków własnej wiary: wspólnoty, która przetrwała prześladowania, i ludzi, których świadectwo przekazywano przez pokolenia.

W 1300 roku Bonifacy VIII ogłosił pierwszy rzymski jubileusz. Nawiedzenie bazylik św. Piotra i św. Pawła, po spełnieniu określonych warunków, wiązano z odpustem. Rok święty dawał pielgrzymowaniu szczególny rytm i kierował myśli ku pojednaniu oraz odnowie życia. Ten rytm ustalał się stopniowo. Początkowo jubileusz miał powracać co sto lat, później przyjmowano odstępy pięćdziesięcioletnie, pojawiła się też myśl o trzydziestu trzech latach. Dopiero w 1470 roku Paweł II ustanowił cykl dwudziestopięcioletni, począwszy od jubileuszu w 1475 roku. Obok niego ogłaszano również jubileusze nadzwyczajne. Za tymi datami kryje się bardzo ludzkie pragnienie: otrzymać szansę na nowy początek.

Na zachód, do Santiago

Na drugim krańcu Europy rozrastała się opowieść o grobie św. Jakuba. W IX wieku w Galicji odkryto pochówek uznany za grób apostoła. Tradycja mówiła, że jego ciało przewieziono z Jerozolimy właśnie tutaj. Nie mamy bezspornego historycznego dowodu, że odnalezione szczątki należały do Jakuba. Nie ulega natomiast wątpliwości, że wiara w jego obecność przyciągnęła do Santiago pokolenia pielgrzymów.

Do sanktuarium prowadziła cała sieć dróg. Jedni przekraczali Pireneje, inni wybierali wybrzeże, kolejni dołączali do szlaków bliżej celu. Wzdłuż tras wyrastały kościoły, mosty i domy gościnne. Dawne szpitale często były zarazem miejscami schronienia: można było w nich odpocząć i otrzymać pomoc, a nie tylko leczyć chorobę. Świat tej wędrówki zachował się w XII-wiecznym „Codex Calixtinus”. Obok modlitw, muzyki i opowieści o cudach znajdziemy w nim opisy tras, miejscowości oraz trudności podróży. Nawet najbardziej pobożny wędrowiec musiał przecież wiedzieć, gdzie się zatrzymać i czego się wystrzegać. Księga zawiera również legendy i literackie opowieści; nie wszystko, co w niej zapisano, wydarzyło się tak, jak przedstawiał to autor. Camino stawało się miejscem wymiany. Pielgrzym wracał do domu nie tylko z pamiątką po odwiedzonym sanktuarium, lecz także z wiedzą, jak żyją inni.

Świętość bliżej domu

Nie każdy mógł wyruszyć do Jerozolimy, Rzymu czy Santiago. Dla wielu ludzi wielką wyprawą była już droga do sąsiedniego miasta. Dlatego obok sławnych sanktuariów istniały setki miejsc o znaczeniu lokalnym: grób świętego, czczony obraz, kościół związany z obietnicą złożoną podczas choroby lub zagrożenia.

Niekiedy lokalny kult szybko przekraczał granice kraju. Tak stało się w Canterbury po zamordowaniu arcybiskupa Tomasza Becketa w 1170 roku. Do jego grobu przychodzili ludzie szukający pomocy, a opowieści o uzdrowieniach niosły sławę miejsca coraz dalej. Zachowane oznaki pielgrzymie przypominają, że przybysze chcieli zabrać ze sobą namacalny ślad tej drogi.

Inny ton miało pielgrzymowanie do Asyżu. Budowę bazyliki Franciszka rozpoczęto w 1228 roku. Grób świętego, malowidła i obecność franciszkanów przypominały o człowieku, który próbował żyć Ewangelią w ubóstwie. Można było przyjechać z prośbą o pomoc, ale także z pytaniem, jak samemu żyć prościej i uczciwiej. Pielgrzymi nie tworzyli przy tym pochodu ludzi jednakowo pobożnych. W podróży spotykały się wiara, ciekawość i zwykła chęć wyrwania się z codzienności.

Dom Matki

Wśród miejsc pielgrzymkowych szczególną bliskość budziły te poświęcone Maryi. Jej cześć rozwijała się już w starożytności. W 431 roku sobór w Efezie potwierdził tytuł Bogurodzicy. Bronił w ten sposób prawdy o Chrystusie: Ten, którego Maryja urodziła, jest Synem Bożym. Nie oznaczało to uznania Maryi za źródło boskości ani za odrębne bóstwo.

Sanktuaria maryjne powstawały z różnych powodów. W Chartres otaczano czcią tkaninę uważaną za szatę lub welon Maryi, ofiarowaną katedrze przez Karola Łysego w 876 roku. Czy tkanina naprawdę należała do Maryi? Tego nie potrafimy bezspornie wykazać. Wiemy natomiast, jak ważna była dla kolejnych pokoleń pielgrzymów. W angielskim Walsingham opowieść o początkach sanktuarium prowadzi do 1061 roku. Według tradycji Richeldis miała ujrzeć w widzeniu dom Maryi w Nazarecie i wznieść jego odpowiednik. We włoskim Loreto centrum modlitwy stał się Święty Domek, łączony z domem Maryi i jego przeniesieniem pod koniec XIII wieku.

Te opowieści pozwalały poczuć bliskość Nazaretu ludziom, dla których wyprawa do Palestyny była nieosiągalna. Później podobne pragnienie przyjęło inną postać: kalwarii. Zespoły kaplic, wzgórza i ścieżki pozwalały przechodzić w modlitwie kolejne wydarzenia męki Chrystusa. Założona na początku XVII wieku Kalwaria Zebrzydowska połączyła rozważania o Jezusie i Maryi z miejscowym krajobrazem. Nie była dokładną kopią Jerozolimy. Jej drogi miały pomóc uczestnikowi wejść w opowieść Ewangelii.

Kiedy drogi pustoszały

Historia pielgrzymek nie jest opowieścią o nieustannym rozwoju. W XVI wieku reformacja zakwestionowała wiele praktyk związanych z relikwiami, wzywaniem świętych i odpustami. Luter sprzeciwiał się przekonaniu, że religijna podróż sama w sobie może zapewnić Bożą przychylność. Krytykował również porzucanie codziennych obowiązków pod pozorem pobożności. W części krajów zamykano klasztory i niszczono sanktuaria. W 1538 roku przestało istnieć sanktuarium Becketa w Canterbury. Zniszczono również średniowieczne Walsingham. Drogi, którymi przez stulecia przychodzili pielgrzymi, traciły swój dawny cel.

Nie oznaczało to jednak końca każdej religijnej podróży w świecie protestanckim. Pozostało zainteresowanie miejscami biblijnymi, a obraz życia jako pielgrzymowania znalazł ważne miejsce w literaturze. Walsingham zaczęło odradzać się pod koniec XIX wieku, w następnym stuleciu rozwinął się tam także ośrodek anglikański. Przerwaną tradycję podejmowano na nowo, już w innym świecie.

Polskie drogi

W polskiej historii jedną z najwcześniejszych wielkich pielgrzymek była podróż Ottona III do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie w 1000 roku. Cesarz przybywał jako pielgrzym, ale jego spotkanie z Bolesławem Chrobrym miało również znaczenie polityczne i kościelne. Modlitwa przy grobie splatała się z tworzeniem porządku, w którym młode państwo szukało swojego miejsca.

Kilka stuleci później szczególnym celem wędrówek stała się Jasna Góra. Paulini osiedli tam w 1382 roku, a kult obrazu Matki Bożej przyciągał coraz liczniejszych wiernych. Obrona klasztoru podczas wojny ze Szwecją w 1655 roku oraz późniejsza pamięć o niej wzmocniły znaczenie sanktuarium dla polskiej wspólnoty. Jasna Góra była jednak miejscem modlitwy na długo przed potopem; wojna dopisała do jej historii nowy rozdział, nie stworzyła jej od początku.

Warszawska Pielgrzymka Piesza w utrwalonej, corocznej formie sięga 1711 roku. Zorganizowało ją Bractwo Pięciu Ran Pana Jezusa jako dziękczynienie za ocalenie od zarazy. W tym początku zawiera się motyw dobrze znany z dziejów pielgrzymowania: zagrożenie, prośba, obietnica i wdzięczność. Z biegiem czasu droga na Jasną Górę stawała się również sposobem przeżywania wspólnoty. W okresach politycznej niewoli i nacisku na życie religijne pielgrzymka przypominała, że człowiek należy do czegoś więcej niż porządek narzucony przez władzę. Także w czasach komunistycznych pozostawała publicznym wyrazem wiary, mimo ograniczeń i utrudnień. Łatwo opowiadać tę historię wyłącznie przez wielkie wydarzenia. Tymczasem każda zbiorowa pielgrzymka składała się z osobnych ludzkich dróg: intencji, których nie wypowiadano głośno, obaw o bliskich, wdzięczności i prób przebaczenia.

Za oceanem

Wraz z rozprzestrzenianiem się chrześcijaństwa mapa sanktuariów przestała mieścić się w granicach Europy i Bliskiego Wschodu. W Meksyku szczególne znaczenie zyskało Guadalupe. Miejscowa tradycja wiąże je z objawieniami Maryi Juanowi Diego na wzgórzu Tepeyac w 1531 roku. W centrum kultu znalazł się wizerunek uważany przez wiernych za cudowny. Opowieść o spotkaniu Maryi z rdzennym mieszkańcem tych ziem silnie związała katolicką pobożność z miejscową kulturą.

W Brazylii początki Aparecidy łączy się z figurą Maryi wyłowioną w 1717 roku z rzeki Paraíba do Sul. Najpierw modlono się przy niej w domu. Dopiero później, wraz z napływem przybyszów, powstawały większe miejsca nabożeństwa. Wielkie sanktuarium wyrastało z czegoś niewielkiego: domowej modlitwy, opowiadanej historii i przekonania, że warto przyjść tutaj ze swoją prośbą.

Lourdes: miejsce także dla tych, którzy nie mogą iść

W 1858 roku Bernadeta Soubirous opowiadała o objawieniach Maryi w Lourdes. Grota Massabielle i pobliskie źródło stały się początkiem sanktuarium. W 1862 roku miejscowy biskup uznał objawienia. W Lourdes szczególne miejsce otrzymali chorzy i ludzie, którzy nie mogli o własnych siłach przebyć drogi. W 1873 roku w narodowej pielgrzymce uczestniczyło blisko pięciuset chorych, a w 1885 roku powstała Hospitalité Notre-Dame de Lourdes, organizująca pomoc przybyszom. Pielgrzymowanie oznaczało odtąd także towarzyszenie: podanie ręki, przewiezienie kogoś, troskę o jego posiłek i odpoczynek.

Kolej, a później transport drogowy i lotniczy otworzyły sanktuaria przed ludźmi, dla których dawne warunki podróży były przeszkodą nie do pokonania. Technika nie wyparła więc pielgrzymowania. Pomogła przywrócić je również tym, których własne ciało zatrzymywało w miejscu.

W polskiej tradycji ważne miejsce zajął Gietrzwałd. W 1877 roku Justyna Szafryńska i Barbara Samulowska relacjonowały objawienia Maryi. Według ich świadectw mówiła po polsku. Pod pruskim panowaniem i w warunkach germanizacji miało to znaczenie wykraczające poza samą modlitwę. Nie wyczerpywało jednak treści przekazu, w którym najważniejsze pozostawały różaniec, nawrócenie i życie wiary. Czterdzieści lat później, podczas I wojny światowej, Łucja dos Santos oraz Franciszek i Hiacynta Marto opowiadali o objawieniach w Fatimie. Był rok 1917. Wezwanie do modlitwy, pokuty i pokoju docierało do świata doświadczającego wojny. Lourdes, Gietrzwałd i Fatima wyrastały w odmiennych warunkach, ale wszędzie osobiste świadectwo z czasem skupiało wokół siebie modlącą się wspólnotę.

W ciszy klasztorów Wschodu

Obok zachodnich szlaków trwały drogi chrześcijańskiego Wschodu. Klasztor św. Katarzyny na Synaju, wzniesiony w VI wieku za Justyniana, łączył życie mnichów z krajobrazem przywołującym biblijną historię Mojżesza. Na Górze Athos rozwijał się wielki ośrodek prawosławnego życia zakonnego, którego organizacja umacniała się od X wieku. Do takich miejsc przybywano nie tylko po to, by zobaczyć zabytek lub relikwię. Spotkanie z modlitwą mnichów, ich liturgią i sposobem życia samo mogło stać się powodem podróży. Wędrowiec szukał ludzi, od których chciał nauczyć się czegoś o wierze.

W etiopskiej Lalibeli jedenaście kościołów wykutych w skale tworzy niezwykły zespół sakralny. Tradycja wiąże go z królem Lalibelą i pragnieniem zbudowania „nowej Jerozolimy”. To dziedzictwo Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego, który ma własną, odrębną od bizantyjskiego prawosławia tradycję. Także tutaj święta historia otrzymała miejscowy krajobraz, bliski ludziom, którzy nie musieli już szukać jej wyłącznie daleko od domu.

Drogi, które nie zniknęły

Samolot może skrócić podróż do kilku godzin. Mimo to piesza pielgrzymka nie straciła sensu. Szybkie dotarcie do celu i powolna wędrówka odpowiadają na różne potrzeby. Dla jednego człowieka najważniejszy jest pobyt w sanktuarium, dla drugiego również czas spędzony pomiędzy domem a celem. Odrodzenie Camino otrzymało ważne wsparcie w 1987 roku, gdy Droga św. Jakuba została pierwszym Szlakiem Kulturowym Rady Europy. W 1993 roku hiszpański szlak wpisano na listę UNESCO, a w 2015 roku wpis rozszerzono o trasy północnej Hiszpanii. Dawne drogi dostrzeżono także jako wspólne dziedzictwo, warte ochrony i ponownego odkrycia.

Powstawały również nowe ośrodki. Krakowskie Łagiewniki rozwinęły się wokół kultu Bożego Miłosierdzia i postaci Faustyny Kowalskiej. Jan Paweł II konsekrował nową bazylikę 17 sierpnia 2002 roku. Przybyszy prowadziło tam przesłanie miłosierdzia, przypomnienie, że człowiek nie musi być na zawsze zamknięty w swojej winie. Żadne z nowych miejsc nie wymazało dawnych. Jerozolima nie została zastąpiona przez Rzym, Rzym przez Santiago, a Santiago przez Lourdes. Do wcześniejszych szlaków dołączały następne.

Skoro Bóg jest wszędzie, po co wyruszać?

To pytanie pojawia się niemal samo. Czy naprawdę trzeba jechać daleko, żeby się modlić? Czy Bóg słyszy człowieka lepiej w sławnym sanktuarium niż przy łóżku chorego albo w małym parafialnym kościele? W katolickim rozumieniu odpowiedź jest jasna: pielgrzymka nie jest warunkiem zbawienia ani sposobem zdobycia uprzywilejowanego dostępu do Boga. Jezus w rozmowie z Samarytanką nie zamyka prawdziwej modlitwy w wyborze pomiędzy Jerozolimą a górą Garizim. Mówi o oddawaniu czci Ojcu „w Duchu i prawdzie”. Człowiek nie musi więc przekroczyć określonej granicy, aby zostać wysłuchanym.

A jednak miejsca mają dla nas znaczenie. Wracamy do rodzinnego domu, odwiedzamy groby bliskich, przechowujemy fotografie. Nie dlatego, że pamięć działa tylko tam. Pewne miejsca pomagają nam po prostu zatrzymać się przy tym, co w codziennym pośpiechu łatwo umyka. Podobnie sanktuarium może pomóc skupić uwagę, wsłuchać się w Ewangelię i znaleźć czas na modlitwę.

Chrześcijańska wiara dotyczy całego człowieka. Jej centrum stanowi Wcielenie: Syn Boży wszedł w ludzką historię i przyjął ciało. Dlatego patrzenie, słuchanie, klękanie, wspólny śpiew czy wysiłek marszu mogą uczestniczyć w modlitwie. Ciało nie musi przeszkadzać wierze; może jej służyć. Nie daje to jednak żadnej religijnej przewagi nad człowiekiem, który pozostał w domu. Kto opiekuje się bliskim, nie ma pieniędzy na podróż albo sam choruje, nie stoi przez to dalej od Boga. Msza w niewielkiej parafii nie ma mniejszej wartości niż Msza w sławnym sanktuarium. Zasadność pielgrzymki polega na tym, że może pomóc w wierze, a nie na tym, że zastępuje życie, do którego po niej wracamy.

Do Maryi, a przez Nią ku Chrystusowi

Pielgrzymowanie do sanktuariów maryjnych rodzi kolejne pytanie: czy nie przesłania ono Jezusa? Może się tak stać, jeśli pobożność zostanie oderwana od Ewangelii. W nauczaniu katolickim rola Maryi nie konkuruje jednak z Chrystusem. Nowy Testament nazywa Go jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi, a Sobór Watykański II wyjaśnia, że wstawiennictwo Maryi jest od Niego całkowicie zależne.

Maryja czczona w Częstochowie, Lourdes czy Fatimie jest tą samą osobą. Różne tytuły opowiadają o miejscach i dziejach jej kultu. Nie oznaczają wielu odrębnych postaci, z których każda miałaby własny zakres mocy. Także obraz nie jest samodzielnym źródłem cudownej siły. Cześć odnosi się do przedstawionej osoby. Można ucałować fotografię kogoś bliskiego, nie myląc papieru z człowiekiem; to porównanie pomaga zrozumieć różnicę pomiędzy szacunkiem dla wizerunku a przypisywaniem mocy samemu przedmiotowi.

Katolicka nauka rozróżnia cześć świętych od uwielbienia należnego Bogu. Warto też pamiętać, że objawienia prywatne, nawet uznane przez Kościół, nie mają zastępować ani poprawiać Ewangelii. Ich rolą może być przypomnienie o modlitwie i nawróceniu. Chrześcijanin nie musi budować swojej wiary na wszystkich opowieściach o cudach, tajemnicach i nadzwyczajnych znakach.

Czego nie kupi się liczbą kilometrów

Trud pielgrzymowania łatwo pomylić z należnością: przeszedłem tyle, odmówiłem tyle modlitw, więc powinienem otrzymać to, o co proszę. Takie myślenie zmienia relację z Bogiem w rachunek. Katechizm nazywa zabobonem przypisywanie skuteczności samemu zewnętrznemu wykonaniu praktyki, bez względu na postawę człowieka. Woda, świeca, medalik czy dotknięcie obrazu nie dają władzy nad Bogiem.

Brak oczekiwanego uzdrowienia nie uprawnia do oskarżania chorego o słabą wiarę. Człowiek, który wraca z sanktuarium nadal chory, nie jest nieudanym pielgrzymem. Jego cierpienie zasługuje na troskę, nie na religijny osąd. Podobnie trzeba rozumieć odpusty, tak mocno wpisane w historię pielgrzymek. W nauce katolickiej odpust jest darowaniem kary doczesnej za grzechy, których wina została już odpuszczona. Dotyczy potrzeby oczyszczenia, a nie kupowania przebaczenia. Nie zastępuje nawrócenia ani sakramentu pokuty. Nie wynika automatycznie z pokonanej odległości; wiąże się z określonymi warunkami i postawą wiernego.

Z tego samego powodu pielgrzymka nie powinna stać się ucieczką od odpowiedzialności. Trudno pogodzić troskę o własne przeżycia religijne z obojętnością wobec kogoś, kto potrzebuje naszej pomocy. W Lourdes przypomina o tym bardzo prosta rzecz: dla jednego człowieka pielgrzymowaniem jest modlitwa przy grocie, dla drugiego, prowadzenie jego wózka. Katolicka tradycja stawia w centrum słuchanie słowa Bożego, Eucharystię, pojednanie i miłość bliźniego. Procesje, pieśni i odwiedzanie sanktuariów mają do tego prowadzić. Najbardziej niezwykłe wrażenie nie zastąpi cierpliwości wobec drugiego człowieka.

Najdalszy odcinek zaczyna się po powrocie

Na końcu drogi czeka dom. Te same obowiązki, znajome twarze, niedokończone rozmowy. Pielgrzymka nie usuwa ich w cudowny sposób. Może jednak sprawić, że człowiek podejdzie do nich inaczej. Czy łatwiej teraz przebaczyć? Czy znajdzie się czas dla kogoś, kogo dotąd się omijało? Czy modlitwa wypowiadana razem z tłumem przetrwa także w zwyczajny, cichy wieczór?

W chrześcijańskim rozumieniu właśnie takie owoce nadają podróży sens. Można wrócić z dalekiego sanktuarium i nie zmienić niczego. Można też po krótkiej drodze zdobyć się na odwagę do pojednania, którego unikało się przez lata. Dlatego historia pielgrzymek nie kończy się przy żadnej bazylice. Dalszy ciąg rozgrywa się najczęściej bez świadków, we własnym domu.

ks. dr Jakub Mateja