SZLAK DO STAREJ WSI.
Ogień, krew, cisza i popiół.
Droga do ocalenia przez historię Pogórza Dynowskiego.
Kombornia, źródło Bogumiła, ziemia brzozowska, Stara Wieś, Malinówka, Kombornia.
PROLOG. DROGA DO OCALENIA.
Zanim postawisz pierwszy krok na szlaku do Starej Wsi, warto zrozumieć, czym naprawdę jest ta droga.
Na mapie to ciągła linia prowadząca z Komborni przez okolice Brzozowa do Starej Wsi, a następnie przez lasy Malinówki z powrotem do Komborni. Ale dla tych, którzy znają historię tej ziemi, jest to coś więcej. Jest mapą ocalenia.
Każde miejsce na tym szlaku nosi bliznę. W każdym wydarzyło się coś, co postawiło człowieka przed tym samym pytaniem: co zrobić, żeby ocalić to, co najważniejsze?
W Komborni obraz trzeba było przeciąć, aby go uratować. W ziemi brzozowskiej obraz ocalał z ognia. W Starej Wsi przez stulecia ludzie przychodzili do obrazu, który według tradycji sam wybrał sobie miejsce. A potem ten obraz spalono. Ocalała jednak jego pamięć, kopia i złote korony. W drodze powrotnej przez Malinówkę nie będzie już ognia. Będzie cisza. Cisy, które potrafią trwać przez stulecia, przypomną, że nie wszystko ocala się działaniem. Czasem trzeba po prostu pozwolić czemuś przetrwać.
A kiedy wrócisz do Komborni, zobaczysz dwór i kaplicę jeszcze raz. Tym razem już nie jako punkt startu. Jako miejsce, które samo przeszło przez utratę, zniszczenie i odbudowę.
Dlatego ta pielgrzymka nie jest tylko drogą do Starej Wsi. To droga do ocalenia.
AKT I. KOMBORNIA.
Miejsce, z którego zaczyna się droga.
Pielgrzymie, zanim ruszysz w stronę Starej Wsi, zatrzymaj się jeszcze na chwilę w Komborni. Nie traktuj jej tylko jako punktu startowego. Kombornia jest pierwszą odpowiedzią na pytanie, które będzie Ci towarzyszyć przez całą drogę: co naprawdę można ocalić?
Warto spojrzeć na tę miejscowość nie tylko przez pryzmat dworu. To także ziemia silnej tradycji religijnej, z Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia, źródełkiem św. Jana z Dukli i kaplicą w dawnym zespole dworskim.
Kaplica Świętej Rodziny. Małe miejsce, długa historia.
Przy Dworze Kombornia znajduje się dziś Kaplica pw. Świętej Rodziny. Jej historia jest niemal symbolicznym streszczeniem historii całej rezydencji.
Kaplicę wzniesiono w 1890 roku staraniem Marii z Urbańskich Szeliskiej. Powstała w miejsce wcześniejszej, drewnianej kaplicy, a jej budowa była częścią większej przemiany zespołu dworskiego. Właśnie wtedy połączono dwór z kaplicą i oficyną. Zmieniło to nawet sposób funkcjonowania samej rezydencji: główne wejście do dworu zostało obrócone. Kombornia stała się pod tym względem wyjątkowa, bo jej główne wejście znalazło się od zachodu, podczas gdy w typowych założeniach dworskich sytuowano je od wschodu.
Można powiedzieć, że Maria Szeliska nie tylko odbudowywała przestrzeń. Zmieniała jej kierunek.
I to jest piękny obraz dla pielgrzyma. Bo czasami odbudowa nie polega na odtworzeniu wszystkiego dokładnie tak, jak było wcześniej. Czasami trzeba przebudować przestrzeń, zmienić kierunek i zacząć funkcjonować inaczej.
Kaplica przetrwała kolejne dziesięciolecia. W XXI wieku została odrestaurowana staraniem rodziny Skotnicznych i ponownie poświęcona 31 maja 2013 roku przez proboszcza Andrzeja Wydrzyńskiego i prałata Janusza Klicha. A w czerwcu 2026 roku w kaplicy pw. Świętej Rodziny w Komborni została zainstalowana ikona Matki Bożej z Filermo, Patronki Zakonu Maltańskiego. W każdą niedzielę w kaplicy sprawowana jest Eucharystia, w której uczestniczą członkowie Zakonu Maltańskiego, wolontariusze oraz przybyli goście. Wspólna modlitwa i spotkanie stanowią ważny element życia duchowego wspólnoty maltańskiej.
I nagle miejsce, które mogłoby być tylko historycznym elementem dawnego dworu, okazuje się znowu żywe. Nie muzeum. Nie dekoracja. Żywa kaplica.
To ważne dla naszej opowieści. Bo droga do ocalenia nie polega na zachowaniu miejsc wyłącznie jako eksponatów. Prawdziwe ocalenie następuje wtedy, gdy miejsce odzyskuje swoją funkcję i znaczenie.
Dwór, który pamięta utratę.
Dopiero teraz spójrz na sam Dwór Kombornia. Jego historia jest znacznie starsza niż obecna forma rezydencji. Pierwsza udokumentowana wzmianka o nabyciu Komborni przez Adama Urbańskiego herbu Nieczuja, podstolego sanockiego, pochodzi z 1756 roku, ale zachowane elementy murów i polichromii wskazują na wcześniejsze, siedemnastowieczne fazy budowli. Dwór rozbudowywano, przekształcano i wyposażano. Były tutaj portrety przodków, broń, wschodnie tkaniny, meble, pamiątki rodzinne, a wśród nich nawet portret Piotra Kmity, marszałka wielkiego koronnego. Stanisław Urbański, który młodość spędził na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego, nadał rezydencji klasycystyczny charakter: polichromie, kolumnowy portyk i gabinet nazywany jaskinką.
Zimą 1656 roku, w czasie potopu szwedzkiego, według legendy zatrzymał się tutaj w drodze z Krosna król Jan Kazimierz, zaproszony przez Piotra Firleja. Wyobraź sobie zimowy dwór, śnieg, parkowe graby, królewski orszak. I kuchnię, w której kucharz próbuje przygotować ucztę godną monarchy. Tylko że strach robi swoje. Zupa z sandacza zostaje przesolona, pieczeń z jelenia przypalona. Król odjeżdża niezadowolony, a kucharz według legendy ginie tragicznie. Później pojawiają się opowieści o jego duchu, o płaczu słyszanym nocą w pobliżu spichlerza, o szeptach i prośbach o litość.
Nie wiemy, czy wydarzyło się to naprawdę, i właśnie dlatego pozostawiamy tę historię w świecie legendy. Ale jej sens jest niezwykle ludzki: strach może sprawić, że popełnimy błąd, którego nie potrafimy już naprawić.
Jest jednak w Komborni historia znacznie ważniejsza dla naszej drogi. Rok 1624. Nadciągają Tatarzy. Proboszcz Komborni, ks. Krauzowicz, musi ratować obraz Koronacji Matki Bożej z tutejszego sanktuarium, ale nie może go zabrać w całości. Podejmuje dramatyczną decyzję: przecina obraz na pół, ukrywa płótno pod płaszczem i ucieka. Obraz przetrwał. Później został ponownie połączony i zszyty. Żywy kult sprawił, że w 1717 roku powstało Bractwo rzemiennego paska Matki Bożej Pocieszenia.
I tutaj pojawia się pierwsza lekcja tej pielgrzymki: czasami, żeby ocalić całość, trzeba zgodzić się na pęknięcie. Ocalenie nie zawsze oznacza zachowanie wszystkiego w idealnym stanie. Czasem trzeba coś przeciąć, coś zostawić, coś utracić, a potem spróbować zszyć to, co naprawdę ważne.
Co w swoim życiu musiałbyś przeciąć na pół, żeby ocalić to, co najważniejsze?
A później przyszła rabacja 1846 roku. To, co miało świadczyć o ciągłości rodu, zostało zniszczone. Dwór ograbiono i niemal doszczętnie zniszczono, a osiemset tomów biblioteki Feliksa Urbańskiego przestało istnieć: książki podarto na kawałki. Książka jest pamięcią, biblioteka jest pamięcią wielu pokoleń, dlatego jej zniszczenie było próbą przerwania ciągłości całego świata. Feliks Urbański został aresztowany i osadzony w sanockim więzieniu, później wyjechał do Wiednia, gdzie zmarł w 1850 roku. Rok 1846 opisywał jako zasadniczy punkt zwrotny swojego życia.
Co jest Twoją biblioteką? Co w Twoim życiu jest zbiorem rzeczy, ludzi, wartości i wspomnień, których nie chcesz utracić?
Ale Kombornia nie zniknęła. Maria z Urbańskich Szeliska podjęła się później kolejnej wielkiej przebudowy. Kaplica została zbudowana. Dwór połączono z oficyną. Powstały nowe przestrzenie. Rezydencja dostała nowe życie. A w XXI wieku historia zatoczyła kolejne koło: zespół został kompleksowo odrestaurowany.
To właśnie tutaj zaczyna się nasza Droga do Ocalenia. Nie od Starej Wsi. Od Komborni.
Jeszcze jeden ważny wątek. Józef Sebastian Pelczar.
W szerszym krajobrazie tej pielgrzymki pojawia się jeszcze jedna ważna postać: Józef Sebastian Pelczar. Urodził się w 1842 roku w pobliskiej Korczynie. Dzisiaj jest już świętym Kościoła katolickiego, a jego rodzinna miejscowość stała się sanktuarium jego kultu: Sanktuarium św. Józefa Sebastiana Pelczara w Korczynie zostało erygowane w 2004 roku i przechowuje część jego relikwii. To on w 1899 roku ukoronował górną scenę obrazu w Starej Wsi.
Kombornia to Matka Boża Pocieszenia. Korczyna to św. Józef Sebastian Pelczar. Stara Wieś to Matka Boża Starowiejska. Nie są to przypadkowe punkty na mapie. Tworzą większy krajobraz duchowy tej części Podkarpacia.
Pielgrzym nie musi przejść przez każde z tych miejsc, żeby iść przez ich historię. Szlak prowadzi przez ziemię, która przez wieki nauczyła się jednej rzeczy: ocalanie nigdy nie jest jednorazowym wydarzeniem.
Jedni ratowali obraz. Inni odbudowywali kościół. Ktoś przechowywał koronę. Ktoś odtwarzał spalony wizerunek. Ktoś restaurował kaplicę. A ktoś po prostu przychodził na modlitwę, żeby pamięć nie umarła.
AKT II. ŹRÓDŁO BOGUMIŁA.
Woda, która uczy ocalenia.
Niedaleko dworu, przy leśnej tablicy, zatrzymujemy się przy źródle Bogumiła. Nie jest to zwykłe źródło. To źródło siarczkowe, objęte ochroną jako pomnik przyrody. Woda wypływa ze skał związanych z warstwami krośnieńskimi, jest mineralna, zawiera siarkowodór i charakterystycznie pachnie. Według informacji na tablicy jest to drugie w polskich Karpatach źródło wody siarczkowej, a nisza, z której woda wypływa, została wykuta w piaskowcowej misie o wymiarach 0,7 na 0,8 metra i głębokości 0,4 metra.
Pachnie tym, co obumarłe. A jednak wody siarczkowe od dawna kojarzone są z lecznictwem uzdrowiskowym regionu. To pierwszy paradoks Bogumiła: to, co pachnie rozkładem, może stać się źródłem zdrowia.
Czy wszystko, co trudne, bolesne i nieprzyjemne, musi być złe?
Drugi paradoks jest jeszcze większy. Ta woda związana jest z warstwami skalnymi, których historia sięga oligocenu, a więc dalej, niż sięga pamięć człowieka i wszystkie zabytki, które zobaczysz na tym szlaku. Człowiek mierzy życie latami, ziemia epokami. To, co w Tobie jeszcze się sączy i filtruje, potrzebuje czasu, zanim stanie się czyste.
Napij się. Nie musisz jeszcze znać odpowiedzi. Pytanie wystarczy.
Ruszamy dalej, w stronę ziemi brzozowskiej.
AKT III. ZIEMIA BRZOZOWSKA.
Ziemia, która nauczyła się ocalać.
Kiedy opuszczasz źródło Bogumiła, zmienia się nie tylko krajobraz. Wchodzisz na ziemię brzozowską.
Nie do miasta. Nie musisz przechodzić przez Brzozów. Ta droga nie prowadzi przez najważniejsze miejscowości regionu. Prowadzi przez jego pamięć.
Brzozów pozostaje jednym z najważniejszych punktów tej historii, chociaż zostawiasz go obok swojej drogi. Ziemia brzozowska jest przestrzenią, w której przez stulecia splatały się wojna, ogień, epidemie, pielgrzymowanie i odbudowa.
To nie jest przypadkowy odcinek drogi. Pogórze Dynowskie należy do najważniejszych obszarów pielgrzymkowych polskich Karpat. Wśród szesnastu opisywanych przez badaczy ośrodków pielgrzymkowych znalazł się także Brzozów, a jego sanktuarium należy do miejsc, w których kult Matki Bożej trwa od stuleci.
Ale o charakterze tej ziemi mówi coś więcej niż liczba sanktuariów. Mówi o nim sposób, w jaki ludzie reagowali na nieszczęście. Przez wieki ta okolica doświadczała wojen, pożarów, epidemii i innych klęsk. W czasach, kiedy człowiek miał znacznie mniej możliwości, by kontrolować świat wokół siebie, pozostawała mu droga. Droga do kościoła. Droga do obrazu. Droga do drugiego człowieka. Droga do nadziei. W XVII i XVIII wieku, kiedy przez Rzeczpospolitą przechodziły wojny i klęski żywiołowe, szczególnie rozwijała się religijność pielgrzymkowa. Ludzie przychodzili do sanktuariów, prosząc o ustanie pożarów, epidemii, suszy i innych nieszczęść. Modlitwa stawała się sposobem radzenia sobie z tym, czego nie można było pokonać siłą.
I tutaj pojawia się Brzozów. Nawet jeśli nie zobaczysz jego wież.
Matka Boża Ognista.
W 1657 roku przez tę ziemię przeszedł ogień. Kilka kilometrów od Twojej drogi oddziały księcia siedmiogrodzkiego Jerzego II Rakoczego spaliły drewniany kościół w Brzozowie. Po świątyni zostały zgliszcza. Ale wśród popiołów odnaleziono obraz Matki Bożej Pocieszenia. Ocalał, bez najmniejszej skazy. To od tego wydarzenia wizerunek otrzymał nazwę Matki Bożej Ognistej. W 1724 roku świątynię podniesiono do godności kolegiaty. W 1758 roku obraz przeniesiono uroczyście do odbudowanej kaplicy ufundowanej przez biskupa Wacława Sierakowskiego. Sto lat później, w 1858 roku, w setną rocznicę tego przeniesienia, obraz koronowano na prawie diecezjalnym, koronacji dokonał ks. Józef Ziemiański z upoważnienia biskupa Franciszka Ksawerego Wierzchlejskiego.
Nie musisz oglądać tego miejsca. Wystarczy, że idziesz przez ziemię, która je pamięta. Bo tutaj historia nie znajduje się wyłącznie w kościołach i sanktuariach. Jest także w drogach między nimi, w lasach, wzgórzach i dawnych traktach, którymi przez pokolenia przemieszczali się ludzie szukający ocalenia.
Zwróć uwagę na kolejność. Najpierw ogień. Potem ruina. Potem ocalenie. Potem odbudowa. A na końcu korona. To nie jest tylko historia obrazu. To właściwie cała historia tej ziemi zapisana w jednym wydarzeniu. Bo tutaj ocalenie nie oznaczało powrotu do tego, co było wcześniej. Kościół spłonął. Obraz ocalał. Świątynię trzeba było odbudować. A pamięć o tym, co się wydarzyło, stała się częścią kultu. Ocalenie stworzyło nową historię.
Brzozów nie był końcem drogi.
I właśnie dlatego nie zatrzymuj się tutaj na długo. Bo Brzozów nie jest końcem tej opowieści. Jest jej środkiem. Kilka kilometrów dalej znajduje się Stara Wieś. A między nimi przez stulecia przemieszczali się ludzie. Pielgrzymi. Procesje. Kapłani. Ludzie, którzy nie mieli wiele, ale mieli nadzieję.
W październiku 1746 roku biskup przemyski Wacław Sierakowski wyruszył pieszo z Brzozowa do Starej Wsi wraz z uroczystą procesją mieszkańców. Po przybyciu ofiarował wotum przed cudownym obrazem, a następnie razem z ludem leżał krzyżem i modlił się o odwrócenie zarazy bydła, która dotknęła okolice Brzozowa. Droga, którą idziesz, była więc już wcześniej drogą modlitwy. I drogą nadziei.
To niezwykle ważny moment dla naszego szlaku. Pokazuje, że droga między Brzozowem a Starą Wsią sama była częścią aktu ocalenia. Nie chodziło tylko o to, żeby dotrzeć do sanktuarium. Trzeba było wyruszyć, przejść przez własny lęk, przez zmęczenie, przez niepewność, i dopiero potem stanąć przed obrazem.
Dlatego ziemia brzozowska nie jest jedynie miejscem, w którym wydarzył się pożar. To ziemia, na której człowiek wielokrotnie stawał wobec tego samego problemu: świat może zostać zniszczony w jednej chwili, ale człowiek może zdecydować, co zrobi z tym, co ocalało.
Ziemia pomiędzy ogniem a pamięcią.
Idąc dalej, pomyśl o tym, że za chwilę dojdziesz do Starej Wsi. Tam historia powtórzy się jeszcze raz. Znów będzie obraz. Znów będzie ogień. Ale tym razem skala tragedii będzie większa. W Brzozowie obraz ocalał z ognia. W Starej Wsi obraz spłonie. A jednak właśnie tam zobaczysz najpełniejszą odpowiedź na pytanie, czym jest ocalenie. Bo w Brzozowie ocalał przedmiot. W Starej Wsi ocaleje znaczenie.
I dlatego Brzozów jest potrzebny na tej trasie. Nawet jeśli mijasz go obok. Bez niego historia Starej Wsi zaczynałaby się zbyt nagle. Z Brzozowem widać, że motyw ognia i ocalenia nie pojawia się tutaj przypadkiem. On powraca. Najpierw w Komborni: przeciąć, żeby ocalić. Potem w Brzozowie: przejść przez ogień i ocaleć. A w Starej Wsi: utracić obraz, ale ocalić pamięć. Trzy miejsca. Trzy różne rodzaje ocalenia. Jedna droga.
Droga do Starej Wsi jest więc nie tylko drogą przez ziemię brzozowską. Jest drogą przez kolejne odpowiedzi na pytanie: co pozostaje, kiedy wszystko inne zostanie odebrane?
AKT IV. STARA WIEŚ.
Miejsce, które wybrało samo siebie.
I wreszcie pojawiają się wieże Starej Wsi. Cel pielgrzymki. Ale zanim wejdziesz do bazyliki, zatrzymaj się przy historii obrazu.
Według tradycji w lasach, gdzie dziś znajduje się sanktuarium, działy się rzeczy, których nie umiano wyjaśnić. Kiedy miejscowi zaczęli modlić się do Matki Bożej, na rozłożystym dębie pojawił się obraz. W tym samym czasie mieszkańcy Humenného, dawnej Homonny na dzisiejszej Słowacji, mieli utracić wizerunek ze swojego kościoła. Przybyli do Starej Wsi i rozpoznali obraz. Zabrali go ze sobą. Ale obraz miał powrócić na dąb. Zabrano go po raz drugi. I znów powrócił. Kiedy próbowano zrobić to po raz trzeci, konie miały stanąć i odmówić dalszej drogi. Według legendy wtedy zrozumiano: to nie człowiek wybiera miejsce dla sacrum. Zamiast zabierać obraz, Słowacy zaczęli do niego pielgrzymować.
Legenda nie pozostaje bez historycznego kontekstu. Źródła potwierdzają, że mieszkańcy Humenného od stuleci pielgrzymowali do Starej Wsi. Ojce Inocenty Pokorski w dziejopisie jasnogórskim zapisał w 1732 roku, że Stara Wieś była odwiedzana przez ludzi z Humenného prawie od trzystu lat. W 1836 roku procesja liczyła około czterystu osób, z infułowanym opatem na czele. W 1877 roku, podczas koronacji, było ich około pięciuset. W 1883 roku, mimo panującej cholery, trzech Słowaków przedarło się potajemnie aż do Brzozowa, zdążając na odpust. Kiedy w 1886 roku pożar strawił wieże i dach świątyni, proboszcz z Humenného przysłał list kondolencyjny i ofiarę pięćdziesięciu siedmiu złotych reńskich na odbudowę.
Ks. Iwon Czeżowski opisywał ich przybycie na wzgórze, gdzie według tradycji obraz pojawił się po raz pierwszy. Śpiewali, płakali, modlili się przed obrazem, a przy odejściu wielokrotnie się za nim oglądali.
Stara Wieś nie była więc wyłącznie lokalnym sanktuarium. Przychodzili tutaj Polacy i Słowacy, a wśród pielgrzymów byli także wierni obrządku greckokatolickiego. Stawała się miejscem spotkania ludzi różnych tradycji.
Obraz, który przetrwał wieki.
Druga legenda mówi, że pierwszy obraz spłonął wraz ze świątynią zniszczoną przez Tatarów około 1480 roku. Źródłowa historia obecnego wizerunku zaczyna się później: przedstawiający u dołu Zaśnięcie Matki Chrystusa wśród apostołów, a u góry Jej chwalebną koronację, został namalowany między 1495 a 1520 rokiem przez ucznia Wita Stwosza nazywanego mistrzem starowiejskim. Około 1525 roku stanął w głównym ołtarzu. Murowaną świątynię wzniesiono z inicjatywy biskupa Aleksandra Fredry. Paulini przybyli z Brzozowa w 1728 roku, a konsekrował ją w 1760 roku biskup Sierakowski. Po kasacie józefińskiej w 1786 roku i latach pustki zespół trafił w 1821 roku w ręce jezuitów wypędzonych z Białorusi.
Koronacje.
Skalę kultu widać w liczbach. Ósmego września 1877 roku nuncjusz apostolski w Wiedniu, arcybiskup Ludwik Jacobini, nałożył złote korony papieskie na dolną scenę obrazu. W uroczystości wzięło udział ponad sto tysięcy wiernych, wśród nich około pięciuset Słowaków z Humenného. Był to trzydziesty koronowany wizerunek maryjny na ziemiach polskich i pierwszy koronowany w okresie niewoli narodowej. W 1899 roku górną scenę ukoronował biskup Józef Sebastian Pelczar, urodzony w pobliskiej Korczynie, dziś święty, którego sanktuarium przechowuje jego relikwie, znów przy stu tysiącach pielgrzymów. W 1927 roku, w pięćdziesięciolecie koronacji, wśród ponad stu tysięcy wiernych, około czterdziestu tysięcy komunii i dwóch tysięcy bierzmowanych, ogłoszono dokument Piusa XI nadający kościołowi tytuł bazyliki mniejszej, ósmej w Polsce.
Ogień 1968.
A potem przyszedł dzień, który miał wszystko zakończyć. Szóstego grudnia 1968 roku, wczesnym rankiem, cudowny obraz wraz z zasłoną spłonął w wyniku podpalenia napalmem. W 2006 roku Instytut Pamięci Narodowej potwierdził udział funkcjonariuszy UB i zakwalifikował to wydarzenie jako zbrodnię komunistyczną. Sprawca pozostał nieznany.
Miał zniknąć symbol. Miała zniknąć pamięć.
1972.
Nie zniknęła.
Na podstawie zachowanej kopii z 1728 roku Maria Niedzielska odtworzyła wizerunek. Dziesiątego września 1972 roku kardynał Stefan Wyszyński nałożył na dolną scenę obrazu złote korony ocalone z pożaru z 1877 roku, a biskup Ignacy Tokarczuk ukoronował górną scenę.
Spłonął obraz. Nie spłonęła pamięć.
Czy można zniszczyć symbol, nie niszcząc jego znaczenia?
Kroki wstecz.
Od osiemnastego wieku, co roku w pierwszy weekend września, przybywa tu piesza pielgrzymka z Tyczyna. Trzy dni pobytu, od soboty do poniedziałku. Kiedy nadchodzi czas powrotu, pielgrzymi wychodzą z bazyliki na kolanach, tyłem, nie odwracając się od obrazu, tak aby wrócić tutaj po raz kolejny.
Pielgrzym może odejść, ale nie musi odwracać się od tego, co znalazł.
Dziesiątego września 1978 roku, na zakończenie stulecia koronacji, modlił się tu kardynał Karol Wojtyła. Miesiąc później został papieżem.
AKT V. MALINÓWKA.
Cisza po ogniu.
Teraz wracasz. Ale nie tą samą drogą. Przez Malinówkę.
Najpierw był ogień. Była krew. Był krzyk. Była utrata. Teraz jest las. Cisza. Cisy.
Rezerwat Cisy w Malinówce chroni jedno z naturalnych stanowisk cisa pospolitego w Polsce. Cis rośnie powoli, żyje długo i trwa. Człowiek się spieszy. Cis nie. Człowiek chce natychmiastowych odpowiedzi. Cis ma czas. I może właśnie dlatego pojawia się tutaj dopiero w drodze powrotnej. Bo cisza jest lekarstwem po historii. Nie można jej zrozumieć, zanim usłyszy się ogień.
Jest tutaj jeszcze jedna historia. W 1931 roku, kiedy w Komborni rozebrano stary drewniany kościół pod budowę nowego murowanego, planowano przenieść go właśnie do Malinówki. Nigdy do tego nie doszło. Kościół nie dotarł. Las nie otrzymał świątyni. Otrzymał ciszę. I to również jest lekcja ocalenia: nie wszystko musi zostać zbudowane, żeby mieć znaczenie. Nie każdy plan musi zostać zrealizowany, aby droga miała sens.
Co potrafi przetrwać dzięki czasowi?
Idziesz. Coraz mniej słów. Coraz więcej ciszy.
AKT VI. KOMBORNIA.
Drugie spojrzenie.
Wreszcie wracasz do Komborni. Mapa zatoczyła koło. Ale zanim podejdziesz do źródła Bogumiła, spójrz jeszcze raz na dwór i na kaplicę. Rano były początkiem. Teraz są częścią większej historii.
Kiedy po całym dniu wrócisz do Komborni, nie patrz już na kaplicę Świętej Rodziny tak jak rano. Rano widziałeś w niej zabytkową kaplicę z 1890 roku. Teraz widzisz coś więcej. Wiesz już, że została zbudowana przez Marię Szeliską, która zmieniła kierunek całego dworu, że przetrwała kolejne epoki, że została odrestaurowana i ponownie poświęcona w 2013 roku, a w czerwcu 2026 roku otrzymała kolejny znak swojej żywej historii: ikonę Matki Bożej z Filermo, Patronki Zakonu Maltańskiego. Wiesz, że w każdą niedzielę sprawowana jest tutaj Eucharystia, w której uczestniczą członkowie Zakonu Maltańskiego, wolontariusze oraz przybyli goście, i że wspólna modlitwa i spotkanie stanowią ważny element życia duchowego wspólnoty maltańskiej.
Ocalenie nie oznacza, że czas zatrzymuje się w miejscu. Ocalenie oznacza, że miejsce potrafi przejść przez kolejne pokolenia i wciąż mieć coś do powiedzenia.
I nagle widzisz, że historia Komborni i historia Starej Wsi są ze sobą połączone. Obraz został przecięty i zszyty. Obraz został spalony, ale jego historia nie spłonęła. Dwór został zniszczony i odbudowany. Kaplica zamiast stać się muzeum, pozostała żywa.
Człowiek traci. Człowiek pamięta. Człowiek próbuje odbudować.
Tak jak dwór. Tak jak kaplica. Tak jak źródło Bogumiła. Tak jak obraz w Starej Wsi. Tak jak Ty, Pielgrzymie.
EPILOG. ŹRÓDŁO.
Stoisz ponownie przy źródle Bogumiła.
Rano byłeś tutaj po raz pierwszy. Teraz wracasz. Napij się. I zapytaj siebie: czy ta woda smakuje tak samo jak rano?
Oczywiście, że jest tą samą wodą. Ale Ty nie jesteś już tym samym człowiekiem. Rano pytałeś: dokąd idę? Teraz możesz zapytać: co chcę ocalić?
Przeszedłeś przez Kombornię i historię dworu. Przez kaplicę, która zamiast być muzeum, pozostała żywa. Przez legendę króla Jana Kazimierza. Przez obraz przecięty, żeby go uratować. Przez rabację i zniszczoną bibliotekę. Przez źródło, którego woda pachnie siarkowodorem, a jednak może być źródłem zdrowia. Przez ziemię brzozowską i ogień Matki Bożej Ognistej. Przez procesję biskupa Sierakowskiego. Przez Starą Wieś i Humenné. Przez złote korony. Przez ogień 1968 roku i odbudowę. Przez kroki ludzi, którzy nie chcieli odwrócić się od obrazu. Przez ciszę Malinówki.
Droga zatoczyła koło tylko na mapie. Nie w Tobie.
Bo teraz wiesz już, że droga do ocalenia nie zawsze prowadzi przez zwycięstwo. Czasem prowadzi przez ranę. Czasem przez ogień. Czasem przez utratę. Czasem przez pamięć. Czasem przez cierpliwość. A czasem przez powrót.
Nie wszystko uda się ocalić. Nie ocalała biblioteka Urbańskich. Nie ocalał pierwotny obraz starowiejski. Nie ocalał dawny świat Komborni. Nie dotarł do Malinówki drewniany kościół. Ale ocalało coś innego. Pamięć. Znaczenie. Miejsce. Droga.
W Komborni obraz przecięto, żeby ocalić. W Brzozowie przeszedł przez ogień i ocalał. W Starej Wsi odtworzono go, żeby pamiętać. Dwór odbudowano, żeby żyć dalej. Kaplicę przebudowano, żeby znów się modlić.
Ocalić. Przejść. Pamiętać. Odbudować.
Co zabierasz ze sobą? Co w Tobie zostało przecięte i czy potrafisz to zszyć na nowo?
Pielgrzymka kończy się na mapie. Droga do ocalenia się nie kończy.
Źródła.
Podstawę historyczną tekstu stanowią opracowania Franciszka i Łukasza Mrozów.
Podstawę historyczną tekstu stanowią opracowania Franciszka i Łukasza Mrozów: „Pielgrzymowanie do sanktuarium Matki Bożej Starowiejskiej w Starej Wsi. Przeszłość i teraźniejszość” oraz „Sanktuaria i ośrodki pielgrzymkowe na Pogórzu Dynowskim. Geneza i funkcjonowanie”, a także materiały dotyczące dziejów dworu i parafii w Komborni.
